Uff... Przewidywałem, że mecz z Unią Leszno nie będzie dla Pres Grupy Deweloperskiej łatwy i nie pomyliłem się. Choć aż takich emocji trudno było się spodziewać. Nasi żużlowcy wygrali 46:44 dzięki zwycięstwu 4:2 w ostatnim biegu, po wielu zwrotach akcji. Na Motoarenie, która zostaje twierdzą. I tyle wstępu...
Po dziewiątym wyścigu, przegranym przez torunian 1:5, byłem niemal przekonany, że tego meczu wygrać nie damy rady. Analizowałem kolejne wyścigi i za dużo wychodziło mi wyścigów, w których pojadą jeszcze bezbłędni Nazar Parnicki i Piotr Pawlicki. Na szczęście dla nas i im przytrafiły się jednak potem wpadki.
Niestety, sporo wpadek było też po stronie toruńskiej. Na razie liderzy prezentują trochę chimeryczną formę. Martwi zwłaszcza postawa Patryka Dudka, na którego klątwę po awansie do cyklu Grand Prix w zeszłym roku chyba rzucił trener Piotr Baron. Przewidział, że jego podopieczny może mieć w tym sezonie kłopoty i... na razie się sprawdza.
Ale nasi wygrali. Co ciekawe, znowu w decydującej chwili nie zawiódł Mikkel Michelsen. Podobnie było w ubiegłym roku w fazie play off, kiedy wygrywał decydujące biegi. Facet po prostu ma nerwy ze stali.
Na szczęście teraz przed Torunianami raczej lekki oddech. Najpierw jadą do Częstochowy, potem będą gościć GKM Grudziądz i Falubaz Zielona Góra. Z Włókniarzem będzie sparing, dwóch kolejnych meczów bym nie lekceważył, ale będzie to jednak okazja, by nasi zawodnicy poukładali wszystko to, co nie funkcjonuje jeszcze perfekcyjnie. Poza tym po meczu z Unią trener Piotr Baron posypał głowę popiołem, że pomylił się z przygotowaniem toru, bo nalał za dużo wody, więc już jesteśmy mądrzejsi, co w niedzielę nie zagrało. Może być tylko lepiej.
Wśród rywali najbardziej zaskakuje mnie Stal Gorzów. Przyznam, że oceniałem ten zespół „na siódme miejsce". Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że klub miał ogromne kłopoty finansowe i długo nie było wiadomo, czy w ogóle wystartuje w rozgrywkach. W końcu jednak to się udało, choć sportowo wydawało się, że Stal będzie silniejsza tylko od Włókniarza.
Być może te kłopoty finansowe mnie zmyliły, bo co się okazało? Na inaugurację Stal zremisowała w Grudziądzu, i to trochę pechowo, bo przed ostatnim wyścigiem prowadziła różnicą czterech punktów. W drugiej kolejce gościła w piątek „kosmiczną" Spartę Wrocław, do tego osłabiona brakiem jednego z liderów, juniora Oskara Palucha. Tymczasem goście wymęczyli raptem dwupunktowe zwycięstwo, a losy spotkania ważyły się do ostatniego wyścigu.
Zobaczmy przy tym wszystkim, jak okrutny bywa sport, a już żużel w szczególności. Stali naprawdę niewiele brakowało do tego, by po dwóch kolejkach miała komplet czterech punktów. A ma jeden i do tego trzech kontuzjowanych zawodników, bo w weekend do Palucha dołączyli Anders Thomsen i rewelacyjny na razie Mathias Pollestad, którzy leżeli w sobotnich eliminacjach do Drużynowych Mistrzostw Europy w Pardubicach. O ile ten pierwszy i trzeci prawdopodobnie pojadą w kolejnym spotkaniu, to z tym drugim może być gorzej. Trzy złamane żebra to nie byle co. Kto to przeżył, ten wie najlepiej. Na szczęście ja tego nie przeżyłem, ale dużo żużlowców zapewniało mnie, że to ich jedna z najmniej „ulubionych" kontuzji.
Z drugiej strony, analizując to już na chłodno, Stal teoretycznie powinna przegrać w Grudziądzu i u siebie ze Spartą. Jest więc o jeden punkt więcej od założeń. Ale mogłoby być wspomniane cztery... A to już byłby potężny handicap w walce o awans do fazy play off. Każdy bowiem punkt jest na wagę złota. Wskutek słabości Włókniarza można wręcz założyć, że w walce jest siedem drużyn. A to sześć meczów u siebie i sześć wyjazdowych.
Tylko... Każda wpadka może słono kosztować, każda pozytywna niespodzianka dużo dać. Ligowi średniacy muszą być skoncentrowani na sto procent. Jeśli uda im się pokonać Spartę, Motor lub Pres Grupę Deweloperską zyskają przewagę nad resztą. No i kolosalne znaczenie będą zapewne miały punkty bonusowe. Może być naprawdę ciekawie i nieobliczalne.
O reszcie nie ma co wiele pisać. Mecz Włókniarz – Motor (26:64) odbył się. I to tyle. Spotkanie Falubaz - GKM zostało przełożone na czwartek, bo prognozy pogody przewidywały opady. Tu można dodać, że wykluczony był występ Damiana Ratajczaka i niepewny Leona Madsena. Grudziądzanie już zacierali dłonie, bo wygrana w Zielonej Górze dawałaby im ogromny bonus. Tym razem jednak niebiosa zlitowały się nad zielonogórzanami.
Autor: Piotr Bednarczyk
Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Obserwuj nas na Facebooku oraz Instagramie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze