Czy w dzisiejszym Toruniu w ogóle potrzebujemy jeszcze rzecznika w starym stylu? Człowieka od odpierania zarzutów i prostowania artykułów? Czy raczej kogoś, kto potrafi budować rozmowę między miastem a mieszkańcami - zanim wybuchnie kolejna awantura? - zastanawia się Wojciech Przyziemny w swoim najnowszym komentarzu.
Jest w życiu publicznym taka funkcja, której nikt nie zazdrości. Rzecznik prasowy. Inaczej mówiąc: zderzak prezydenta i urzędu miasta. Człowiek od czarnej roboty. Ten, który staje przed kamerami wtedy, gdy ktoś musi.
To stanowisko z definicji stoi pomiędzy młotem a kowadłem. Z jednej strony władza, która oczekuje lojalności i obrony każdej decyzji. Rzecznik ma bronić swojego pryncypała, nadstawić policzek, skoczyć za nim w ogień, a czasem po prostu stanąć na linii strzału.
Z drugiej strony są media i mieszkańcy. Ci pierwsi chcą informacji. Ci drudzy chcą wyjaśnień. A czasem po prostu chcą usłyszeć prawdę.
Rzecznik musi więc mówić dużo, ale jednocześnie niewiele. Tłumaczyć decyzje, których sam nie podejmował. Odpowiadać na pytania, które często padają już z gotową tezą. A kiedy sytuacja robi się naprawdę gorąca - to właśnie on stoi na pierwszej linii ognia.
W Toruniu ta rola nigdy nie była łatwa.
To miasto ma wyjątkowy talent do wywoływania burz w szklance wody. Jedno zdanie w internecie potrafi w godzinę zamienić się w awanturę. W sekundę można obrazić pół miasta: osiedla, rady okręgów, działaczy, społeczników. Zwłaszcza społeczników - "ci zawsze są obrażeni". Z zasady.
Nic więc dziwnego, że w czasach Michała Zaleskiego rzecznicy zmieniali się dość często. To była twarda szkoła komunikacji. Choć trzeba uczciwie przyznać: wielu z nich świetnie odnalazło się później gdzie indziej.
Ale problem rzecznika w samorządzie jest głębszy. Bo rzecznik bardzo łatwo może uwierzyć, że jego rolą jest walka. Z mediami. Z komentarzami. Z artykułami. Z każdym zdaniem, które nie pasuje do oficjalnej narracji.
Tyle że rzecznik nie jest od prowadzenia krucjat. Rzecznik jest od komunikacji.
A komunikacja władzy z mieszkańcami nie polega na tym, żeby zawsze mieć ostatnie słowo. Czasem polega na tym, żeby… odpuścić.
Nie ścigać się z mediami, kto pierwszy poda informację. Nie traktować każdego artykułu jak osobistego pojedynku. Nie próbować udowadniać wszystkim wokół, kto ma rację.
Dobra praca rzecznika prawie nigdy nie jest widoczna.
Jeśli wszystko działa - nikt tego nie zauważa. Jeśli pojawi się kryzys - wszyscy patrzą właśnie na niego. To trochę jak z sędzią piłkarskim. Najlepszy jest wtedy, gdy prawie go nie widać.

Marcin Centkowski, obecny rzecznik prezydenta, fot. UMT 2026, autor: Maciej Wasilewski, licencja: CC BY NC 4.0
I może właśnie tu pojawia się pytanie ważniejsze niż personalia.
Czy w dzisiejszym Toruniu w ogóle potrzebujemy jeszcze rzecznika w starym stylu?
Człowieka od odpierania zarzutów i prostowania artykułów?
Czy raczej kogoś, kto potrafi budować rozmowę między miastem a mieszkańcami - zanim wybuchnie kolejna awantura?
Bo komunikacja w samorządzie to nie jest ring. A dobry rzecznik wcale nie musi być najgłośniejszy. Czasem wystarczy, że wie, kiedy… po prostu zamilknąć.
Autor: Wojciech Przyziemny
Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Obserwuj nas na Facebooku oraz Instagramie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Raczej nie chwalę, ale trzeba przyznać, że obecny rzecznik daje radę :-)
To ten Pan od paszportów ?
Pytanie za 100 punktów - kto był ostatnim rzecznikiem pana Zaleskiego? No właśnie. Ta pani to dopiero była niewidoczna.
A od czego są kierownicy wydziałów ?
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Śwetny artykuł! Dawno czegoś dobrego nie czytałem. Bardzo trafne spostrzeżenia. Pozdrawiam
Raczej nie chwalę, ale trzeba przyznać, że obecny rzecznik daje radę :-)
To ten Pan od paszportów ?
Pytanie za 100 punktów - kto był ostatnim rzecznikiem pana Zaleskiego? No właśnie. Ta pani to dopiero była niewidoczna.