- I znowu cieszą się chyba tylko dziennikarze, którzy dorzucają do pieca kolejne sensacje typu „Zmarzlik chciał, ale się rozmyślił, bo nie pasuje mu jazda w jednym zespole z Łagutą i Kurtzem". A kibice, nie tylko ci z Lublina czy Wrocławia, czytają to i zamiast coraz mądrzejsi, robią się coraz głupsi - pisze Piotr Bednarczyk o zimowym okienku transferowym w Speedway Ekstralidze.
W odległych czasach transfery w żużlu (w innych dyscyplinach zresztą też) należały do rzadkości. To efekt tego, że dotychczasowy klub musiał wydać zgodę na taki transfer, co robił niechętnie, a – najczęściej – wcale.
W uprzywilejowanej sytuacji były kluby wojskowe i gwardyjskie, które do bólu wykorzystywały ściąganie w swoje szeregi młodych, uzdolnionych zawodników by mogli oni odbyć obowiązkową służbę w wojsku, czy to w milicji. Najczęściej kojarzyło się to ze zwykłą polityką grabieży i nic dziwnego, że taka Legia Warszawa czy Polonia Bydgoszcz nie cieszyły się wielką sympatią wśród całej reszty Polski, zaś na przykład Kolejowy Klub Sportowy Lech Poznań czy „klasyczne" KS-y, jak Cracovia lub Polonia Warszawa mogły liczyć na szacunek. Na duże „fory" mogły liczyć też kluby górnicze, na czele z Zagłębiem Sosnowiec za czasów rządów towarzysza Edwarda Gierka, ale to już wszystko przeszłość.
Dziś o ewentualnym uprzywilejowaniu mogą mówić tylko kluby, które dobrze trzymają się z politykami, potrafiącymi załatwić wsparcie od spółek Skarbu Państwa. Sam zaś przepływ sportowców z klubu do klubu jest praktycznie nieograniczony poza warunkami spisanymi w kontrakcie, w pełni zaaprobowanymi przez zawodnika.
W żużlu takich hitowych transferów w czasach słusznie minionych było naprawdę niewiele. Największy, to niewątpliwie przejście będącego u szczytu formy i popularności Zenona Plecha ze Stali Gorzów do Wybrzeża Gdańsk. My, Torunianie, nie powinniśmy narzekać na te socjalistyczne ograniczenia wolności zawodniczej, bo dzięki nim udało się zatrzymać w Apatorze Wojciecha Żabiałowicza, mimo że kolejka chętnych na niego była jak w sklepie mięsnym. Starszym kibicom nie muszę chyba przypominać, co oznaczałoby odejście „Żaby" z naszej drużyny.
Nastały jednak nowe, wolnościowe czasy i to już sami zawodnicy wybierają, gdzie będą chcieli jeździć. Początkowo przez kilkanaście lat zarówno Polacy jak i zagraniczni żużlowcy, którzy zaczęli reprezentować kluby znad Wisły, nie do końca sobie z tym radzili. Nastąpiła bowiem kompletna wolna amerykanka – i to ze strony samych zawodników, jak i działaczy klubowych mącących im w głowach i przebijających oferty konkurencji nieraz bez realnych podstaw finansowych. Nic więc dziwnego, że sporo klubów zaliczyło efektowne plajty. A żużlowcy? Dziś obiecywali porozumienie działaczom A, jutro dawali się przekonać argumentom działaczy B, a na koniec lądowali w klubie C.
Cywilizowało się to wszystko w sposób bardzo oporny. Co rusz przed sezonem dochodziło do sensacyjnych zwrotów akcji, jak na przykład podpisanie przez Leona Madsena kontraktu z Włókniarzem Częstochowa niemal na oczach osłupiałych działaczy GKM-u Grudziądz, którzy mieli w ręku podpisany z Duńczykiem list intencyjny.
Przez lata obowiązywał przepis, który zakazywał rozmów kontraktowych przed zakończeniem sezonu. Kompletnie, systemowo i z żelazną konsekwencją obchodzony przez wszystkich. Gdyby bowiem ktoś czekał jak Bozia kazała, mógłby od razu szykować się na spadek, bo zostaliby mu tylko zawodnicy, których nie chciała konkurencja, czyli – najsłabsi.

W końcu Ekstraliga Żużlowa przestała udawać, że niczego nie widzi i dopuściła wcześniejsze rozmowy, ale żeby zachować resztki honoru ograniczyła samo fizyczne składanie podpisów na umowach tylko do króciutkiego okienka transferowego. Przynajmniej dobrze zrobiła dziennikarzom, którzy najpierw miesiącami rozpisują się o tym, że kolejny żużlowiec doszedł do porozumienia z innym klubem, a w listopadzie dostają darmową powtórkę tematu z samego podpisania umowy.
Niby jest normalniej, ale jakoś dziwnie mi się ogląda mecze, w których w decydujących momentach sezonu wiem, że jeden lub drugi zawodnik już dłużej w ten drużynie jeździć nie będzie, bo przechodzi do konkurencji. Może niedzisiejszy jestem...
A już zupełnie źle znoszę fakt, iż od połowy minionego sezonu co chwilę czytam, że w... 2028 roku Bartosz Zmarzlik przejdzie z Motoru Lublin do Sparty Wrocław. Rzekomo dogadali się z prawie dwuletnim wyprzedzeniem! To już jednak chyba gruba przesada...
I znowu cieszą się chyba tylko dziennikarze, którzy dorzucają do pieca kolejne sensacje typu „Zmarzlik chciał, ale się rozmyślił, bo nie pasuje mu jazda w jednym zespole z Łagutą i Kurtzem". A kibice, nie tylko ci z Lublina czy Wrocławia, czytają to i zamiast coraz mądrzejsi, robią się coraz głupsi.
Autor: Piotr Bednarczyk
Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Obserwuj nas na Facebooku oraz Instagramie.
Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś koniecznie zainstaluj naszą aplikację, która dostępna jest na telefony z systemem Android i iOS.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!