Nasz srebrny medalista olimpijski z Mediolanu Władymir Semirunnij zapowiedział, że zmieni swoje imię i nazwisko, by brzmiały po polsku. Ładnie to ze strony Rosjanina, co do którego miałem wątpliwości, ale wygląda na to, że jego intencje po wybuchu wojny na Ukrainie były czyste i rzeczywiście decyzja o startowaniu w polskich barwach nie była koniunkturalna. Teraz wykazuje się odwagą, bo nie zdajemy sobie sprawy, jak ryzykuje. Pamiętam, jak prezes naszego klubu hokejowego zdradził mi, że zawodnicy KH Energi ze Wschodu bali się podpisać oświadczenia, iż nie popierają rosyjskiej agresji i po negocjacjach stanęło na tym, że nie podpiszą się cyrylicą. Włodek S... (ciekawe, jak on to nazwisko „spolszczy"?) nie boi się i za to szacunek dla niego.
Ale nie o nim ten felieton. Ten jego sukces trochę mnie natchnął do tego, by powspominać, co dla Torunia zrobili zagraniczni zawodnicy. Początkowo nawet chciałem zrobić jakiś ogólny ranking, ale szybko doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu. Bo jak porównywać mistrzów świata na żużlu, którzy tytuły zdobywali dla siebie, z typowo ligowymi gwiazdami pracującymi ku chwale swojego zespołu? To tak, jak dyskutować nad tym, czy Robert Lewandowski powinien być doceniany za to, co robi dla reprezentacji Polski i jakie sukcesy z nią odnosi, czy dorzucić do tego jego występy w Borussii Dortmund, Bayernie Monachium czy Barcelonie. Dyskusja wręcz akademicka.
Tak więc dziś sobie powspominam absolutnie po swojemu, czyli nieobiektywnie. Bo większość z tych zawodników, o których będę pisał znałem osobiście i mogłem jednego lubić bardziej prywatnie, a innego mniej.
Zacznę od żużla, bo tu mieliśmy najwięcej gwiazd. Przez toruński klub „przewaliło się" mnóstwo indywidualnych mistrzów świata – Per Jonsson, Mark Loram, Tony Rickardsson, Jason Crump, Chris Holder, Greg Hancock, Jason Doyle... O Tomaszu Gollobie nie wspominam, bo to Polak. I który z nich najbardziej zasłużył się dla „tak zwanego" Apatora (to umowna nazwa, bo ta zmieniała się dużo razy)? Otóż, moim zdaniem... Ryan Sullivan, który nigdy mistrzem świata nie został.
Oczywiście, wszyscy odczuwamy ogromny żal, że Jonssona spotkała taka tragedia. On mógł, z tamtym polskim wsparciem w drużynie, zdziałać przez wiele lat naprawdę sporo. Los okazał się jednak okrutny. W tej sytuacji postawiłbym więc na wspomnianego Sullivana. Charakter może i trudny, ale zawodnik znakomity i niezawodny. Latami był podporą drużyny, zdobył z nią złoto w 2008 roku, a odejścia do Polonii Bydgoszcz czy Włókniarza Częstochowa nie do końca zależały od niego. Z tych, którzy zdobyli indywidualne mistrzostwo świata, wybrałbym Holdera.
Starsi kibice hokeja nie będą mieli wątpliwości. Takich grajków jak Borys Barabanow i Walerij Usolcew później nie mieliśmy już nigdy, choć im oczywiście nie umniejszam ich następcom. Po prostu zawodnicy z Sybiru Nowosybirsk byli wybitni, jak na warunki polskiej ligi. Sprowadzeni w 1989 roku dzięki jakimś dawnym partyjnym układom z radzieckimi towarzyszami zawodnicy zachwycali toruńskich swoją grą, jakiej wcześniej na Tor-Torze nikt nie widział. I później chyba też... Na zwycięzcę mojego prywatnego plebiscytu wybrałbym Barabanowa.
O ile w hokeju raczej nie miałem dużych wątpliwości, to już w przypadku męskiej koszykówki wybór był dużo bardziej skomplikowany. Ricky Robinson, Ricky Calloway, Jamal Faulkner, Dejan Miśković, Walter Jeklin i jeszcze kilku innych, sprowadzonych do zespołu głównie przez Ryszarda Szczechowiaka, mającego wyjątkowo dobrą rękę do transferów... Gdybym musiał wybrać, postawiłbym na Jeklina. Może nie aż tak widowiskowego, ale na pewno wnoszącego do drużyny jakość gry, wybitnie inteligentnego zawodnika i człowieka. Szkoda, że jego pobyt w Toruniu przypadł akurat na ogromne kłopoty finansowe klubu. Tamta ekipa mogła zdziałać naprawdę sporo.
Podobnie jak nasze koszykarki, gdy w zespole grały takie gwiazdy jak Elena Kapucka, Lubow Racko lub Swietłana Fomina, które sprowadzał menedżer Jerzy Boehlke. To kolejny stracony czas dla toruńskiej drużyny. W tym przypadku nie jestem w stanie wskazać „tej jedynej". Musiałbym rzucić monetą między Kapucką a Fominą. A, niech będzie. Orzeł Kapucka, reszka Fomina. Kapucka...
Na koniec refleksja. Jednak muszę być już bardzo stary. Przecież hokeiści Metronu, koszykarze Polskiego Cukru czy koszykarki Energi zdobywali medale, gdy w drużynach już dawno nie było wymienionych przeze mnie zawodników. No cóż, starość to też sentyment do młodości. Jestem ciekaw, kogo wymieniliby młodsi kibice?
Autor: Piotr Bednarczyk
Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Obserwuj nas na Facebooku oraz Instagramie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze