Wojciech Waglewski: Lubię wejść, pobrzdąkać i pójść do domu na obiad

Rozmowy, Wojciech Waglewski Lubię wejść pobrzdąkać pójść obiad - zdjęcie, fotografia
Sara Watrak 09/08/2019 12:33

- Na szczęście to jest taki zawód, w którym, zwłaszcza kiedy się improwizuje, umiera się ze świadomością, że wie się znacznie mniej, niż gdy się urodziłeś. To jest wspaniałe w muzyce improwizowanej, że nie odgrzewa się tych samych kotletów, ciągle odkrywa się nowe ścieżki. Więc mam nadzieję, że ten moment, w którym powiem sobie, że już wszystko wiem, nigdy nie nastąpi - mówi w rozmowie z "Oto Toruń" legenda polskiej muzyki Wojciech Waglewski.

"Oto Toruń": Zacznę może dość przekornie, bo od pytania o plany. Od wydania albumu "Matka Syn Bóg" minęło już prawie sześć lat. Czy planuje Pan kolejny album nagrany wspólnie z synami?

Wojciech Waglewski: Planujemy. Prawdopodobnie w styczniu wejdziemy do studia.

Czy uważa Pan, że osoby, które słuchają muzyki Fisz Emade czy Pana utworów nagranych z Voo Voo, polubią twórczość projektu Waglewski Fisz Emade? Czy to jest muzyka przeznaczona dla kompletnie innej publiczności?

Powiem coś mało popularnego: kompletnie mnie nie interesuje to, czy będzie się komuś podobało to, co robię w jakimkolwiek zespole. Nie chcę być nieuczciwy wobec ludzi. To w muzyce rozrywkowej jest tak, że dba się o to, by coś się sprzedawało, robi się nowe zęby, poprawia urodę. Natomiast muzyka, którą ja się zajmuje, opiera się na autentycznym przekazie i szczerości. Takiej muzyki się uczyłem, na takiej się wychowałem i taką gram. W związku z tym we wszystkich projektach, w których ja biorę udział – i podobnie moi synowie – gramy to, co nam ślina na język przyniesie, to są nasze przemyślenia, nasz stosunek do dźwięku. Na nasze koncerty przychodzą różne osoby - zarówno publiczność Voo Voo, jak i fani synów, ale specjalnie tego nie analizuję. Mimo mojego socjologicznego wykształcenia mało mnie to interesuje. Ważne, żeby ktokolwiek przychodził na nasze koncerty.

Czyli pisze Pan taką muzykę, która gra Panu w sercu.

Tak, powtórzę to jeszcze raz, bo to bardzo ważne: bardzo nie lubię udawanej muzyki i sztuki. W związku z tym we wszystkich projektach, w których uczestniczę, najważniejsza jest szczerość i autentyczność przekazu. Myślę, że to jest coś, co łączy publiczność i moją, i synów. W tym, co robimy, ludzie szukają - mówiąc górnolotnie – prawdy. Nie chcą, byśmy próbowali im się przypodobać.

Czy po sześciu latach od wydania "Matka Syn Bóg" inaczej patrzy Pan na te utwory niż sześć lat temu? Czy stosunek artysty do jego własnych kompozycji się zmienia?

Nie ukrywam, że to jest dobra cenzura czasowa. Czas bywa bardzo niemiłosierny w stosunku do różnych produkcji. Dopiero po iluś latach można dojść do wniosku, czy zrobiło się rzecz dobrą albo ważną. To, że przez te sześć lat ktoś nas cały czas zaprasza na koncerty, jest chyba najlepszym dowodem na to, że te utwory się nie zestarzały. Zresztą dzięki temu, że płyta była tworzona przez dwa różne pokolenia, raczej trudno, by utwory z tego albumu się zestarzały. To połączenie moich doświadczeń - człowieka grającego dużo muzyki improwizowanej – z doświadczeniami osób, które tworzą muzykę może nieco bardziej uporządkowaną, powoduje, że nasze kompozycje mają dość uniwersalny charakter. Staramy się, żeby nie były one porównywane z płytami, które obecnie się ukazują. Chcieliśmy, by nasz album był ponadczasowy. Oczywiście utwory ewoluują w trakcie grania, pozwalamy sobie na ich rozwój, żeby nie nudzić się w pracy. Ale myślę, że ten sam główny sens i ta sama filozofia grania przetrwała. Dlatego też nową płytę nagramy w identycznym składzie.

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że nie lubi przebywać za długo w studiu. Dlaczego?

Nie lubię nagrywać i męczyć materiału przez długi czas. Stawiam na spontaniczność. Poza tym jako człowiek z Małopolski, jestem oszczędny, a za przebywanie w studiu się płaci, w związku z tym staram się to ograniczać (śmiech). A mówiąc poważnie, chodzi o to, żeby dobrze się przygotować do nagrań, żeby nie uczyć się utworów dopiero w studiu. Lubię, gdy praca w studiu jest poświęcona tylko dopieszczaniu tego, co się wymyśliło podczas prób.

Czyli lubi Pan konkretną robotę.

Lubię konkretnie – wejść, trochę pobrzdąkać i pójść do domu na obiad.

Czy podczas koncertu w Toruniu w Centrum Kulturalno-Kongresowym Jordanki będziemy mogli usłyszeć wyłącznie utwory z albumu "Matka Syn Bóg" czy pojawią się też jakieś niespodzianki?

Czasami podczas koncertów pojawiają się również rzeczy z płyty poprzedniej. Na pewno nie będzie jeszcze utworów z nowego albumu, bo nadal nad nimi myślimy. Płyta ma już pewien kształt muzyczny, ale tekstów i konkretów jeszcze brakuje. Ale coś tam zawsze wplatamy. Jesteśmy zespołem improwizującym, więc niespodzianek nigdy nie brakuje.

Jakie to uczucie występować ze swoimi synami? Traktujecie się po partnersku czy raczej na zasadzie mistrz-uczeń?

Ja to niewiele mam do gadania (śmiech). Tak naprawdę to pokrewieństwo rodzinne ma znaczenie mobilizujące, ponieważ, jak wiemy, w naszym pięknym kraju, wiele rzeczy opiera się na nepotyzmie. Funkcjonuje więc takie poczucie, że płyta rodzinna musi być lepsza, znacząca, inna. Ale prawda jest taka, że my zaczęliśmy pracować razem, gdy każdy z nas miał jakąś pozycję na rynku, więc nie musimy się – mówiąc kolokwialnie – holować czy czegoś udowadniać. Jesteśmy dość upierdliwi w egzekwowaniu tego, co chcemy uzyskać. I jeszcze a propos następnej płyty – niewiele mogę o niej powiedzieć, bo bardzo pieczołowicie podchodzimy do naszego materiału. Dlatego też te płyty nie są tak często nagrywane.

Skoro już jesteśmy przy relacjach rodzinnych, to muszę zapytać, czego Pan się nauczył od swojego ojca?

Jeździłem z nim troszkę, będąc dzieckiem, w czasach kiedy robił audycje do programów zagranicznych. Poznałem nieco muzyki ludowej. Nie było jednak tak jak w przypadku moich synów, którzy jeździli na moje koncerty. Mój ojciec z muzyką niewiele miał wspólnego. Natomiast z całą pewnością nauczyłem się od niego takiej ogólnej mądrości, poczucia, że należy się uczyć, czytać. Mój ojciec miał ogromną bibliotekę – do tej pory ma. Zaszczepił we mnie obowiązek poznawania świata, uczenia się, zdobywania wiedzy ogólnej, choć obecnie często zapominanej.

A czy tak doświadczony muzyk jak Pan czerpie jeszcze inspirację od innych artystów?

Oczywiście. Na szczęście to jest taki zawód, w którym, zwłaszcza kiedy się improwizuje, umiera się ze świadomością, że wie się znacznie mniej, niż gdy się urodziłeś. Dlatego każde spotkanie z muzykiem wybitnym, a miałem szczęście współpracować z największymi, uświadamiało mi, jak wiele jest jeszcze niezbadanych terenów. To jest wspaniałe w muzyce improwizowanej, że nie odgrzewa się tych samych kotletów, ciągle odkrywa się nowe ścieżki. Więc mam nadzieję, że ten moment, w którym sobie powiem, że już wszystko wiem, nigdy nie nastąpi.

Wasz koncert w Toruniu odbędzie się 22 sierpnia, w ramach sceny muzycznej festiwalu światła, Bella Skyway Festival. Czy zamierza Pan wziąć udział w tym wydarzeniu?

Festiwali w Polsce pod dostatkiem, czasami sam się gubię, bo jeżdżę od festiwalu do festiwalu. Co chwilę pojawiają się nowe festiwale, co jest zresztą fantastyczne, to mocny element naszej rodzimej popkultury. Przyznam szczerze, że nie patrzyłem jeszcze na swój kalendarz, gdzie gramy po toruńskim koncercie, więc trudno mi powiedzieć, czy uda mi się wziąć udział w festiwalu. Ale jeśli tylko będzie taka możliwość, to na pewno się wybierzemy, tym bardziej że Toruń jest nam dość znany. Perkusista Voo Voo pochodzi z tego miasta. Jeśli nam się uda, to z całą pewnością wybierzemy się oglądać światełka. Chyba że będzie nas coś goniło i będziemy musieli wracać na noc.

W Internecie krążą plotki, że nie korzysta Pan z telefonu komórkowego. Dzwonię na telefon stacjonarny. Więc to chyba jednak nie plotki.

Nie, to nie są plotki. Nie używam telefonu komórkowego. Nie jestem jedyny. Grzegorz Markowski też nie ma i paru innych moich znajomych.

To daje Panu spokój?

Telefonu używam do bardzo krótkich komunikatów i wywiadów. Nie cierpię długich rozmów i opowiadania o życiu. Zwłaszcza kiedy robi to ktoś w mojej obecności. Czuję się mało  komfortowo, słysząc o chorobach osoby obok albo o zawodach miłosnych. A poza tym to jest inny styl życia. Telefon komórkowy powoduje taką świadomość, że cały czas trzeba być w kontakcie. W stanie wojennym niekiedy udawało mi się dodzwonić do domu dopiero po dwóch dniach. Staram się unikać, jak mogę, nerwowości związanej ze współczesnym światem, choć ten zawód na to nie pozwala.

Rozmawiała Sara Watrak.

fot. Marta Wojtal

Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Polub nas na Facebooku

Wojciech Waglewski: Lubię wejść, pobrzdąkać i pójść do domu na obiad komentarze opinie

  • gość 2019-08-09 14:09:29

    Właśnie dzięki socjologicznemu wykształceniu pana to nie interesuje :-)

Dodajesz jako: |

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama
 Reklama