Dwa toruńskie medale olimpijskie możemy nazywać „tomasiakowymi”

- Na cztery toruńskie medale wywalczone na igrzyskach olimpijskich dwa - Zillmann, Ziętarski - były spodziewane, a dwa - Pawłowski, Ogar-Hill - od poniedziałku możemy nazywać „tomasiakowymi". Najważniejsze, że wszystkie smakują tak samo - pisze w swoim felietonie Piotr Bednarczyk.

Miałem takie przeczucie, że się uda. Raczej jestem urodzonym pesymistą i wyznaję zasadę, że lepiej mile się zdziwić niż rozczarować. A pomimo to liczyłem po cichu na olimpijski medal Kacpra Tomasiaka.

Niby dlaczego miało mu się udać? Bo to są skoki narciarskie, a nie łyżwiarstwo figurowe, w którym niespodzianek praktycznie nie ma. Chyba że negatywne, bo ktoś się wywróci. Ale nie ma tam szans, że ktoś „wyskoczy" nagle i nie mając znanego nazwiska zgarnie medal.

Tomasiak „wyskoczył" niczym Fortuna

Ale w skokach można tak „wyskoczyć", czego najlepszym przykładem był lata temu Wojciech Fortuna. Wierzyłem więc, że to się uda właśnie Tomasiakowi. Bywał piąty czy ósmy w zawodach Pucharu Świata, a stąd już do podium niedaleko. Przecież mógł mu się przytrafić tak zwany „dzień konia". Mało tego – ten dzień przecież mógłby być przełomem by młody Polak na lata zadomowił by się w światowej czołówce. Bo jednym taki sukces dodaje pewności siebie, innym przeszkadza, gdyż głowa nie wytrzymuje później presji.

Na szczęście z wypowiedzi Kacpra po zawodach raczej obstawiałbym to pierwsze. Na razie w konkursie drużyn mieszanych pokazał, że trzyma fason.

Podsumowując krótko turniej na skoczni normalnej. Jeden wielki szok i pogrom faworytów, czyli Słoweńców i Austriaków. Żal mi szczególnie Domena Prevca (dobrze chociaż, że odbił sobie niepowodzenie dzień później). Szkoda też Kamila Stocha. W poprzednich latach męczyłem się patrząc na Simona Ammanna, który jako wieki przecież mistrz ewidentnie rozmieniał się na drobne. Ale nie można tego porównywać – nasz Kamil zapowiedział już przed sezonem, że kończy po nim karierę, a każdy turniej będzie pożegnaniem z danym obiektem. I jest to słuszna koncepcja, to mu się po prostu należało, jakby powiedziała była premier Beata Szydło, choć miałem jeszcze trochę nadziei, że na igrzyskach zaliczy dobry występ. Zapewne nie medalowy, ale honorowy. Cóż, nie udało się. Jest jeszcze szansa na dużej skoczni. A co, pomarzyć nie wolno?

Dramat Kruszkowskiego i kolegów w Atenach

Na kanwie sukcesu Tomasiaka powspominałem sobie toruńskie medale na igrzyskach olimpijskich. Oczywiście tych letnich, bo na zimowych jeszcze się takowych nie doczekaliśmy i pewnie długo nie doczekamy.

Zacznę może od tego medalu, który miał być, ale... go nie było. Chodzi oczywiście o Sławomira Kruszkowskiego z AZS-u UMK i jego wioślarską czwórkę podwójną na igrzyskach w Atenach w 2004 roku. Polacy jechali jako jedni z głównych kandydatów do miejsca na podium i przez ponad 90 procent dystansu je mieli. Rywalizowali o srebro z Czechami, Rosjanie byli poza zasięgiem. W końcówce jednak nie tylko z nimi naszymi południowymi sąsiadami przegrali, ale i nie zauważyli ataku na skrajnym torze Ukraińców i im też ulegli – o siedem setnych sekundy! Tyle brakowało do pierwszego, historycznego medalu olimpijskiego dla zawodnika reprezentującego toruński klub. Powtórzę – siedem setnych sekundy! Mam nadzieję, że Sławek tego nie czyta, bo nie chciałbym mu przypominać, jak wiele – sportową satysfakcję, medal, premie, zaszczyty, no i emeryturę olimpijską stracił przez tak niewiele. Chyba każdy by się załamał.

Pawłowski bez kompleksów

Tak, jak Kruszkowski był w gronie faworytów przed igrzyskami w 2004 roku, tak wśród nich nie był cztery lata później jego kolega klubowy Łukasz Pawłowski. Można nawet powiedzieć, że jechał do Pekinu nieco w cieniu pozostałych torunian – wspomnianego Kruszkowskiego, a także Michała Stawowskiego i Rafała Trojanowskiego. Pamiętam, że z Łukaszem rozmawiałem podczas wręczenia nominacji olimpijskich (albo ślubowania – tego akurat nie pamiętam) w Centralnym Ośrodku Sportu w Wałczu. Powiedział, że jedzie ze swoją czwórką wagi lekkiej do Pekinu po medal. Młody trochę butny, ale dobrze, trzeba mieć ambicję – pomyślałem wówczas. – Wolę coś takiego niż asekurację, że się jedzie zebrać doświadczenie na pierwszych swoich igrzyskach albo wyznacza cel minimum na przykład awans do finału A. Złamanego grosza jednak bym wówczas na niego nie postawił. A to właśnie on zdobył dla nas ten historyczny, srebrny medal. Niczym wioślarski Kacper Tomasiak, choć może powinienem napisać odwrotnie, bo to nasz Łukasz wyciął taki wspaniały numer szybciej. Jak na ironię losu - cztery lata wcześniej na Kruszkowskiego liczyli wszyscy i skończyło się bez medalu, cztery lata później niemal nikt na Pawłowskiego nie liczył, a medal był.

Worek medali się rozwiązał

W 2021 roku wioślarka Katarzyna Zillmann jechała do Tokio jako jedna z faworytek w rywalizacji czwórek bez sternika i „swoje" zrobiła – zdobyła srebro. Drugi taki sam krążek do toruńskiego dorobku dorzuciła żeglarka Jolanta Ogar-Hill w klasie 470. W sumie krótko przed igrzyskami Tadeusz Walter ściągnął ją do klubu UKŻ Wiking i w ten oto sposób Toruń zyskał kolejny medal olimpijski. Nikt tego się nie spodziewał.

W 2024 roku Mirosław Ziętarski zlitował się w końcu nad sobą i kibicami i za trzecim podejściem zdobył brąz w czwórce podwójnej. Czwarty krążek na IO dla Torunia, trzeci wywalczony przez wioślarza AZS-u UMK. Jego osada pojechała do Paryża jako kandydat nawet do zwycięstwa, więc to podium nie było żadnym zaskoczeniem.

Podsumowując – na cztery toruńskie medale wywalczone na igrzyskach olimpijskich dwa (Zillmann, Ziętarski) były spodziewane, a dwa (Pawłowski, Ogar-Hill) od poniedziałku możemy nazywać „tomasiakowymi". Najważniejsze, że wszystkie smakują tak samo. 

Autor: Piotr Bednarczyk

Chcesz być na bieżąco z informacjami z Torunia i okolic? Obserwuj nas na Facebooku oraz Instagramie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/02/2026 19:43