0°C bezchmurnie

Toruńska kobieta renesansu. Rozmawiamy z Żanetą Lipińską-Patalon

Rozmowy, Toruńska kobieta renesansu Rozmawiamy Żanetą Lipińską Patalon - zdjęcie, fotografia

Żaneta Lipińska-Patalon, czyli właścicielka toruńskiej gazety Toronto oraz portalu motoryzacyjnego Speed Ladies. Z wykształcenia artystka, a na co dzień motocyklistka! W rozmowie z OtoToruń opowiada o swoich sukcesach, ale przede wszystkim, jak do nich doszła. Człowiek inspiracja!

OtoToruń: Kiedyś byłaś dziennikarką pracującą w tygodniku bezpłatnym, a dziś sama wydajesz bezpłatną gazetę miejską. Nie każdy porwałby się na takie przedsięwzięcie, bo sama przyznasz, że ryzyko jest duże a prawdopodobieństwo klęski na pewno jeszcze większe. Tobie się udało. Jak Ty to zrobiłaś Żaneta?

Żaneta Lipińska-Patalon: A teraz Ci powiem, że nasza rozmowa się przedłuży! Masz kilka godzin? Bo ja lubię się rozgadać. Taka cecha. Czasem atut, czasem nie. Jestem tego świadoma, ale nic z tym nie potrafię zrobić (śmiech). Teraz Cię zaskoczę. Skończyłam Wydział Sztuk Pięknych w Toruniu i do gazety trafiłam przypadkiem. Miałam zostać na doktoracie, za szybko uporałam się ze studiami i został mi rok wolnego. Mój mąż do dziś się śmieje, że jak zaproszono mnie na rozmowę rekrutacyjną na stanowisko dziennikarza w gazecie bezpłatnej, to skończy się tak, że wystawią mnie na „Rapaku” i będę ją rozdawać. Skończyło się inaczej. Około ośmiu lat pracowałam, jako dziennikarz w „Teraz Toruń”. Wielka szkoda, że nie ma już tej gazety. To był pierwszy bezpłatny tygodnik w Toruniu, który odniósł wielki sukces. Tam się nauczyłam wszystkiego. Poznałam prasę bezpłatną od podszewki. To były „stare czasy”. Wszystko  według sztuki. Dziś obserwując konkurencje, wiem, że o podstawach dawno zapomniano, ja staram się trzymać standardy, których się nauczyłam.

Ryzyko? Oczywiście kolosalne. Wystartowaliśmy bez żadnego wsparcia. Jak ryzyko w każdym innym biznesie. W przypadku tradycyjnej gazety masz duże koszty na start. Nie mówię o samej inwestycji, ale też o cotygodniowych kosztach związanych z wydawaniem drukowanej gazety. 

Wszystko było przeliczane na sukces i na porażkę. Zdawałam sobie z tego sprawę. Jednak ja tak mam, że jak za coś się biorę to nie na żarty. Nie lubię porażek. Analizuję, ale też jestem wizjonerką. Nie ma biznesu, w który inwestujesz i wiesz, że wypali. W takim wypadku wszyscy bylibyśmy milionerami (śmiech). Dużo ciężkiej pracy. W ciągu dnia i po nocach. Niestety kolejna moja „zła” cecha… nie robię rzeczy, w które nie wierzę, a wierzę w nie tak, że nie stawiam sobie granicy między pracą, pasją, czasem wolnym. Wiem jedno - nikt „z ulicy”, „z marszu” by tego nie zrobił. Od pomysłu, zarejestrowania tytułu, przez budowę szaty graficznej, zebranie zespołu. To było szaleństwo. Toronto powstało w miesiąc. Od pomysłu do pierwszego numeru w nakładzie 30 000 na ulicach Torunia. Toruńskie firmy, które postanowiły się u nas promować, kupiły „kota w worku”. Wszyscy byli zadowoleni i są z nami do dziś.

Kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że może sama zrobisz bezpłatny tygodnik?

Szczerze? Myślałam o tym nie raz. Byłam świadoma, jakie jest to przedsięwzięcie. To, że kochasz Toruń i chcesz o nim pisać to nie wszystko. Musisz mieć firmy, które się rozwijają, chcą się promować i ci zaufają. Zawsze mówię, że reklamodawcy nie kupują u nas reklam. Oni partycypują w kosztach wydania gazety, która jest dobrym nośnikiem dla obu stron. Oni mają dobrą promocję, o co dbamy, a my mamy powierzchnie, na której możemy pisać o sprawach ważnych dla torunian. Pierwszy raz poważnie o wydaniu swojej gazety, pomyślałam wtedy, gdy po roszadach i sprzedażach na rynku prasowym, trafiłam do prawdziwej korporacji. Niby awansujesz, prowadzisz redakcje, ale nie zgadzasz się z linią wydawniczą. Chcesz robić fajną gazetę i masz związane ręce. Nie chcieli mnie słuchać (śmiech). Niektórzy się śmieją, że jak coś jest nie po mojej myśli to się stawiam. Postawiłam się, rzuciłam wypowiedzeniem. Wtedy jeszcze bez planu. Za chwilę znowu się postawiłam i wydałam Toronto.
 
Kto pomógł, kto przeszkadzał?

Pomogli ludzie. Zebrałam sztab starej dobrej ekipy, doświadczonej. Każdy miał swoje zadanie, każdy wierzył w ten projekt jak we własne „dziecko” i to jest piękne. Wierzę w potencjał ludzki? Nie, to taki wyświechtany slogan. Po prostu wierzę w ludzi. U mnie prosta droga - albo kogoś polubię i się potrafię z nim dogadać, albo nie potrafię na „dzień dobry”. Z ludźmi się nie kłócę. Albo obie strony to czują, albo nie. Lubię specjalistów w swoich rewirach, często bardzo wąskich. Każdy zna swoje miejsce i robi to najlepiej. Podział ról. Wtedy to funkcjonuje. Kto przeszkadzał? Troszkę konkurencja robiła nam pod górkę. Chyba myśleli, że się wystraszymy, bo próbowali nas straszyć, ale ja znam swoje prawa, wiem że sukces kuje w oczy. To tylko dodało mi skrzydeł, pokazało, że się z nami liczą. 

Jaki był początek Toronto na rynku toruńskim?

Początek był taki, że nazwę wymyślił Kamil Sakałus. Nie podobała mi się. Ola Janiszewska, która była pierwszą szefową działu handlowego, powiedziała: Żaneta! Jak ja pójdę do prezesa poważnej firmy i powiem mu: Toronto! Po tygodniu zakochałam się w Toronto, robiłam sondy w całej Polsce, dzwoniłam do zaprzyjaźnionych menadżerów, nie sugerując nic a oni: jak jadę do Was to do Toronto. I wtedy wiedziałam, że mamy to! Nikt nigdy nie zarzucił niczego, wręcz przeciwnie, każdy od razu się uśmiechał. I tak jest do dziś. Na pierwsze urodziny robiłam wywiad z prezydentem Michałem Zaleskim. Zapytałam, jak to odbiera? Bałam się, że miasto będzie złe, że nie promujemy TORUŃ w nazwie. Prezydent powiedział, że nazwa jest pozytywna, ufff!  Jednak każda gazeta miała Toruń w nazwie. Musieliśmy się wyróżnić. Moje założenie było proste. Jeśli gazeta będzie dobra i chwyci… po miesiącu, dwóch nie będzie nikt rozkładał tego na czynniki pierwsze, będą pamiętać markę. Tak się stało. Pamiętają i to w pozytywnym kontekście. A nasz przekaz jest pozytywny. Wszystko gra.

Nie jestem handlowcem. Potrafię coś zbudować, ale nie potrafię tego sprzedać. I to jest piękne, już teraz wiem, że każdy ma swoją rolę. Byłam na kilku spotkaniach handlowych, jako właściciel przed otwarciem tytułu. Do końca życia zapamiętam jedno. W Toruń Plaza. Paulina Anikowska mówi: fajnie, super pomysł, ale my głównie promujemy się teraz w internecie. Pokazałyśmy próbkę layoutu, a Paulina powiedziała: musimy tam być! Czy ostatnia strona jest jeszcze wolna? Zapamiętam to spotkanie do końca życia. 

Jak wyobrażasz sobie Toronto za jakiś czas? Może chcesz, planujesz wydawać coś jeszcze? Skoro udało się raz to może i za drugim razem też się uda?

Toronto staje się i będzie coraz bardziej interaktywne. Czy planuje wydawanie czegoś innego? Nie. Uwierz mi, jest nad czym pracować. Nie lubię rozmieniać się na drobne. Lepiej robić jeden dobry tytuł, niż kilka, które istnieją tylko fikcyjnie. To jest duży błąd wydawców. Jak mnie zatrudnią, to podpowiem. Tu recepty na sukces nie uzyskają. 

Toronto to nie wszystko co stworzyłaś, trochę wcześniej powstał ogólnopolski portal motoryzacyjny dla kobiet: Speed Ladies.

On nie jest dla kobiet! Wiem to ze statystyk. Większość osób odwiedzających naszą witrynę to mężczyźni. Przyzwyczailiśmy się w naszej motoryzacyjnej tradycji, że kobieta i motocykl lub samochód to dobre połączenie. Najlepiej jako hostessa prostująca się nad nowym modelem. A my idziemy pod prąd! To nie jest portal dla kobiet, to jest portal tworzony przez kobiety. Z naszego punktu widzenia. Zapewniam Cię, że ten nasz, jest inny niż męski. Testujemy samochody i motocykle, również te duże, na które nie jeden facet nie wsiądzie. Doradzamy, opisujemy kobiecym okiem, mężczyźni się zgadzają z naszymi opiniami. Bo pasja nie ma płci. Albo się to kocha, albo nie. Ale to co mnie zaskoczyło po kilku latach, pomysł jest wciąż aktualny. Przypadkiem - podobno nie ma przypadków - przy portalu powstała największa w Polsce społeczność kobiet na motocyklach. Bo ja mam jasne zasady. Nie oczekuję żadnego przywiązania, zrzeszania się. Z wyjazdu na wyjazd jest nas coraz więcej. Uwierz miałam łzy w oczach, jak jechałyśmy na pierwszy wypad do Przyjezierza. Było nas dwanaście. I to już było piękne. Kobiety potrafiły zorganizować sobie weekend dla siebie, zostawić dzieci, mężów. Były takie, który wyjechały po 12. latach same z domu! Teraz, jak jedziemy na weekend do jest nas ok. 60-70 motocykli. Chyba się zaraz wzruszę Speed Ladies to moja duma. Jestem dumna z moich dziewczyn. To jest coś wyjątkowego.

Łączysz pasję i umiejętności dziennikarskie tworząc nowe media i taką już Ciebie znamy. Masz jeszcze jakieś pasje? Mroczne tajemnice lub realizujesz inne projekty, o których wie jeszcze niewielu?

Tak mam mroczne tajemnice! Trafiłeś w sedno! Jestem właścicielką tygodnika, mam swoje Speed Ladies…a moja mroczna tajemnica jest taka, że się czasem przesiadam na małe motocykle i się na nich ścigam (śmiech). Długo, by gadać… Rok temu poznałam Łukasza Pawlikowskiego, były żużlowiec z Torunia. Chyba jeden z tych nieliczonych, który dość szybko odpuścił tor, a zajął się młodymi talentami. Ile już wychował! Szok! Osoby z taką charyzmą dawno nie spotkałam. Wierzę w jego misje, kibicuję i wiem, że cała Polska za chwile będzie jeździła na pit bikach. Bardzo wymagające małe motocykle. Idealny trening dla nas, motocyklistów… a jak na torze wyprzedza mnie dwunastolatek… to nie mam kompleksów. Serio. Ja, stara baba, cieszę się, a nawet wzruszam. W ich wieku nie miałam takich możliwości, co z nich będzie za rok, dwa! Mistrzowie, trzymam kciuki!

Jak wyobrażasz sobie media lokalne za 5, 10 lat?

Dajesz mi bardzo długą perspektywę. Wszystko się zmienia na przestrzeni miesięcy. Taka branża, specyficzna. Nie mam pojęcia co będzie za 5 czy 10 lat. Patrząc na tendencje i to co robią korporacje medialne, lokalności jest w tym wszystkim coraz mniej. Jest na przykład Toronto, które o lokalność walczy. Jako puentę powiem Ci jedno. Wchodząc na rynek wszyscy życzyli mi dobrze, ale mówili nie wygrasz z Internetem. Ludzie mają informacje za darmo. Szybko. Przez te dwa lata, klienci, którzy mówili zapłacę na Facebooku i mam promocje za „grosze”, teraz  przychodzą i mówią - chcę u was być. A czemu? Bo Internet jest przesterowany, nikt nie ma nad tym kontroli, czytasz, ale nie wiesz czy jest to wiarygodne. Jeżeli Internet nie jest wiarygodny, a sprzedaż prasy płatnej spada… co jest złotym środkiem? Gazeta bezpłatna. Za którą nie płacisz, a czytasz. Która nie tylko ci szeleści w ręku, ale ma też redaktora naczelnego, który odpowiada za rzeczy niegodne z prawdą. Gazeta zawsze będzie autorytetem i ja chcę to udowadniać. Co tydzień. 

Rozmawiał Tomasz Kaczyński.


Toruńska kobieta renesansu. Rozmawiamy z Żanetą Lipińską-Patalon komentarze opinie

  • Pablo - niezalogowany 2017-04-15 23:36:03

    Kogo to obchodzi? Może w końcu coś o gwieździe toruńskiej - DanieluMagicalu?!

Dodajesz jako: Zaloguj się

Ostatnie video - filmy na ototorun.pl